Już siebie nie opuszczę,
nawet jeśli wszyscy odejdą.
Nawet jeśli nie zostanie nikt,
kto potwierdzi, że mam prawo być sobą.
Zostanę.
Z sobą.
Nie uciszę już głosu, który płacze w środku,
nie nazwę go „przesadą”, „słabością” ani „fanaberią”.
To głos mojego istnienia.
Mojej duszy.
Mojego ciała, które tyle wytrzymało,
i nigdy się nie poddało.
Już siebie nie zdradzę,
nie sprzedam swojego spokoju za chwilową akceptację.
Nie oddam serca tym, którzy nie potrafią go nieść
z szacunkiem i delikatnością.
Nie pójdę więcej drogą, na której siebie gubię.
Nie założę masek, tylko po to, by pasować.
Nie umniejszę się, by komuś było wygodnie.
Nie schowam światła, by kogoś nie razić.
Już siebie nie porównam,
bo nie jestem nikim innym.
Jestem jedynym takim życiem.
Z niepowtarzalną historią.
Z raną, która staje się światłem.
Z pustką, która zaczyna się napełniać.
Od teraz uczę się mówić: „Potrzebuję”.
Uczę się mówić: „Nie chcę tak”.
Uczę się mówić: „Zostaję ze sobą”.
Będę własnym schronieniem,
własną latarnią w czasie burzy.
Własnym ramieniem, kiedy drży świat.
Własnym głosem, gdy inni milkną.
Zbieram siebie — tę porzuconą, przestraszoną,
tę, która czekała pod drzwiami,
tę, która uczyła się być niewidzialna,
tę, która dawała, choć już nie miała.
Zbieram wszystkie części siebie
i mówię im:
„Już jesteście w domu.”
„Już nie musicie się bać.”
„Już nikt Was nie opuści.”
Nie muszę już prosić o prawo do istnienia.
Już nie muszę błagać o miłość, która raniła.
Bo miłość, na którą czekałam —
mieszkała cały czas we mnie.
Dziś wracam.
Do oddechu.
Do ciała.
Do prawdy.
Do siebie.
Już siebie nie opuszczę.
Niczego mniej nie przyjmę.
Bo jestem.
I to wystarczy.
Kliknij tutaj, masz dostęp do mojego bloga-
Wewnątrz na Zewnątrz