Przez długi czas nie zdawałam sobie sprawy, że wiele we mnie dzieje się bez mojej zgody. Że większość z nas nosi w sobie pewne mechanizmy — takie, które wykształciły się wtedy, kiedy nie podejmowaliśmy jeszcze żadnej świadomej decyzji.
Jako dzieci wyciągaliśmy pierwsze wnioski o tym, jak wygląda świat i na czym polega życie. Przez powtarzające się doświadczenia wszystko to zapisało się w naszej podświadomości — jako to, w co uwierzyliśmy i co uznaliśmy za prawdę. I te właśnie przekonania po cichu kierują naszym życiem.
Długo nie umiałam tego zobaczyć u siebie.
Nieraz uznawałam, że coś jest dla mnie naprawdę ważne i dobre, i czułam w sobie chęć, żeby się za to zabrać. A potem, w którejś chwili, przychodził opór. Odkładałam dane zadanie na później, aż w końcu odsuwałam je całkiem na bok. I nie robiłam tego, na czym tak bardzo mi zależało.
Zaczęłam się przyglądać: co właściwie kierowało moim myśleniem?
Miałam marzenie, które długo nosiłam w sercu. Chciałam je zrealizować tak bardzo, że nie mogłam spać po nocach — wyobrażałam sobie, że już w nim jestem. Układałam plan, krok po kroku, a kolejnym krokiem miała być realizacja.
I wtedy, kiedy wszystko było już gotowe, nagle zaczynały dziać się rzeczy, którymi „koniecznie” musiałam zająć się od razu. Wszystko znów przeciągało się w czasie. Aż przychodziła chwila, w której naprawdę mogłam ruszyć — i razem z nią pojawiało się dziwne uczucie. Strach. Lęk.
Odkryłam w sobie jakąś drugą część mnie. Taką, która odciągała mnie od moich marzeń i podsuwała inne, „pilniejsze” sprawy, którymi trzeba było zająć się natychmiast.
Słyszałam w sobie ciche zdania:
po co ci to znowu.
nie dasz rady.
zwariowałaś.
wyśmieją cię.
Ta druga część bywała silniejsza. Częściej wygrywała — i moje marzenie znów schodziło na dalszy plan. Do czasu, aż znowu sobie o nim przypominałam i powtarzałam ten sam schemat. Trwało to dopóty, dopóki nie zrozumiałam, że sterują mną powtarzane schematy i mechanizmy obronne. A pod nimi kryło się jedno przekonanie:
„nie mam prawa być szczęśliwa”.
W świecie, w którym dorastałam, wykształciło się we mnie przekonanie, że inni ludzie mogą być szczęśliwi — a ja nie. Że szczęście jest dla kogoś, ale nie dla mnie.
Szczęście długo kojarzyło mi się z karą. Bo tak zdarzało się wiele razy, a moja podświadomość zapisała to sobie jako cichy wniosek.
W wielu domach powtarza się to samo — kłótnie o pieniądze i zdanie, że „pieniądze w rodzinie to tylko kłopoty”. Tak było i u mnie. Gdzieś w środku zapisałam sobie wtedy jeszcze jedno: „nie wolno mi być szczęśliwa”.
Jako dziecko, kiedy chciałam poczuć radość, nieraz spotykałam się z odrzuceniem, z tym, że nikt mnie nie słuchał, czasem z wyśmianiem.
Już jako dorosła zauważyłam, że wraca ten sam schemat. Kiedy dzieliłam się z najbliższymi swoim sukcesem i chciałam go z kimś celebrować, często dostawałam sygnał, że to nikogo nie interesuje. Że druga osoba nie słucha, szybko zmienia temat — a ja zostaję z tym sama, w gorszym stanie niż przedtem.
Dziś, kiedy znów słyszę w sobie to „po co ci to”, staram się nie uciszać tego głosu na siłę. Zatrzymuję się i pytam łagodnie: czyj to właściwie głos? Skąd się we mnie wziął?
I coraz częściej odpowiadam sobie po cichu — że mam prawo. Prawo, żeby chcieć. Prawo, żeby się cieszyć. Prawo, żeby samodzielnie decydować o sobie. Prawo, żeby moje życie było moje — dobre, wartościowe, spełnione.
Nie zmieniłam tego z dnia na dzień. Zmieniam to powoli. Za każdym razem, kiedy zamiast odsunąć marzenie na bok, zostaję przy nim o jedną chwilę dłużej.
Wewnątrz na zewnątrz.


