Jest takie pytanie, które wielu z nas zna bardzo dobrze. Przychodzi bez zaproszenia, najczęściej wtedy, gdy coś idzie trochę wolniej niż zwykle. Przelew się spóźnia, miesiąc jest cichszy, przychodzi rachunek, o którym wolałoby się nie myśleć przed śniadaniem. I nagle gdzieś w środku odzywa się cicho: czy starczy?
Kiedy pieniędzy naprawdę brakuje — na chleb, na rachunki, na to, co najpotrzebniejsze — ten niepokój jest czymś zupełnie zrozumiałym. Wtedy liczy się każdy grosz.
Zaobserwowałam jednak coś jeszcze. Lęk, który przychodzi także wtedy, gdy na dziś wszystko jest. Rachunki opłacone, w lodówce jedzenie, a jednak wystarczy jeden cichszy tydzień, żeby w środku zrobiło się zimno. O tym jest ten tekst.
Kiedy ciało liczy szybciej niż głowa
Ciekawe jest to, jak szybko ten lęk się pojawia. Zanim zdążymy cokolwiek policzyć, w brzuchu robi się zimno, ramiona się napinają, a myśli same układają się w kolumny: ile przyszło, ile poszło, ile jeszcze czeka.
Choć jeszcze niedawno było dobrze. Choć nic wielkiego się nie wydarzyło. Reakcja jest większa niż sprawa. To często znak, że odzywa się coś starszego niż dzisiejszy dzień.
Lęk, który ma swoją historię
Często widać też, kiedy ten lęk się budzi. Dopóki źródłem jest ktoś inny, niepokój prawie się nie odzywa. Pensja przychodzi co miesiąc, ktoś inny o nią dba. Lęk wraca wtedy, gdy zaczynamy pracować na siebie. Kiedy to my stajemy się źródłem.
W wielu domach pieniądze nie były czymś spokojnym. Bywały powodem napięcia przy stole, rozmów ściszonym głosem, liczenia, czy wystarczy do końca miesiąca. Dziecko nie rozumie wtedy rachunków, ale bardzo dobrze czuje atmosferę. I zapamiętuje ją na długo. Nie w głowie, tylko w ciele.
Potem dorastamy, mamy swoje życie i swoje decyzje. A jednak w chwili, gdy robi się ciszej, ciało potrafi zareagować tak, jakby znów siedziało przy tamtym stole.
Strażniczka, która pilnuje
Tak działa ten mechanizm. Kiedy pieniądze znaczyły kiedyś niepewność, coś w nas nauczyło się ich pilnować. Sprawdzać, liczyć, upewniać się, że jeszcze są. Ta czujność miała wtedy sens. Chroniła.
Dziś często pilnuje czegoś, co już się zmieniło. Cichsze dni przychodzą i odchodzą u każdego, jak odpływ i przypływ. A strażniczka w środku widzi w każdym z nich zagrożenie.
Bywa, że ulgę przynosi już samo zobaczenie tego. Że to nie dzisiejszy dzień tak nas przestraszył, tylko dawna pamięć, która bardzo chciała, żeby było bezpiecznie.
Jak woda, nie jak walka
Kiedy to widać, coś powoli zaczyna się zmieniać. Nie od razu i nie na zawołanie. Ale pieniądze przestają być polem bitwy. Można je wziąć do rąk spokojniej: z wdzięcznością za to, co przychodzi, i z radością, gdy płyną do tego, co kochamy.
W książce, którą niebawem skończę, zapisałam o tym taki wiersz:
Pieniądze były kiedyś
burzą
nad kuchennym stołem.Liczyło się je
ze ściśniętym gardłem.Chowało.
Pilnowało.Dziś biorę je
do rąk
inaczej.Spokojnie.
Z wdzięcznością.Płyną do mnie
za to, co daję z serca.Płyną ode mnie
do tego, co kocham.Jak woda.
Nie jak wojna.
Może pytanie „czy starczy?” nie znika od razu. Ale z czasem może przestać brzmieć jak alarm. Staje się wtedy cichym echem, które da się usłyszeć i spokojnie mu odpowiedzieć: dziś jest już inaczej.
Z nowej książki
Ten fragment pochodzi z książki, która niebawem będzie gotowa. Niedługo opowiem o niej więcej.
Będzie ciągiem dalszym książki „Z lojalności do rodu”. A o tym, jak trudno czasem pozwolić sobie na spokój, pisałam we wpisie Odpoczynek, na który nie musiałam zasłużyć.
Wewnątrz na zewnątrz.


