Diament pod kurzem — o tym, co w nas piękne, choć na chwilę przykryte

|Barbara Jaworska-Kostrzewska
Kobieta od tyłu przy oknie w ciepłym porannym świetle — delikatna, malarska ilustracja

Był taki wieczór, kiedy usiadłam sama w kuchni, z herbatą stygnącą w dłoniach, i poczułam coś, czego długo nie umiałam nazwać. Jakbym przez całe życie nosiła w sobie coś, czego nigdy nie zobaczyłam wyraźnie. Gdzieś pod zmęczeniem, pod słowami, pod tym wszystkim, co „trzeba” i „wypada”, było we mnie coś, co czekało. Cicho, cierpliwie, bez pośpiechu.

Przez wiele lat myślałam, że tę wartość muszę w sobie dopiero zbudować. Że dostanę ją jak nagrodę — kiedy będę wystarczająco dobra, wystarczająco silna, wystarczająco jakaś. I tak odsuwała się coraz dalej, jak księżyc, do którego nie da się dopłynąć.

Kurz, który nie jest nami

Z czasem zauważyłam coś, co mnie zaskoczyło. To, co przykryte w nas to najcenniejsze. To słyszane słowa, które kiedyś w nas osiadły — jakieś dawne „nie wychylaj się”, „nie nadajesz się”, „lepiej nie próbuj”. Lęki, które przyszły z zewnątrz. Przekonania, które przyjęłam, zanim zdążyłam się zapytać, czy w ogóle są moje.

Może rozpoznasz w tym siebie — że te najsurowsze myśli o sobie nie brzmią do końca Twoim głosem. Że mówią jakimś dawnym tonem, przejętym z lojalności do tych, którzy byli przed nami. A oni dawali, co mieli. Często tyle, ile sami dostali. W tym nie ma winy. Jest tylko kurz, który osiadał przez pokolenia — warstwa po warstwie, tak cicho, że w końcu przestaje się go zauważać.

Pod spodem nie ma pustki

Najbardziej poruszyło mnie to: kiedy zaczęłam z siebie zdejmować kolejne warstwy tego, co nie moje, pod spodem nie było pustki. Bałam się, że będzie — że jak odłożę cudze oczekiwania, to nie zostanie nic. A zostało coś całego. Nienaruszonego. Jakby zawsze tam było i tylko czekało, aż wreszcie na nie spojrzę.

Lubię myśleć o tym jak o diamencie. Bo z diamentem jest tak, że nie trzeba go tworzyć. Nie trzeba sobie na niego zasłużyć ani go wypracować. On już tam jest — od pierwszej chwili istnienia. To, co przez lata mogło na nim osiąść, to naprawdę tylko kurz.

W książce, którą pisałam sercem, zostawiłam sobie takie zdanie i wracam do niego, kiedy sama zapominam:

Nie jestem popsuta. Nigdy nie byłam. To, co piękne, jest we mnie cały czas — wystarczy, że pozwolę mu pokazać swój blask.

Nie naprawiamy — odsłaniamy

To jest chyba sedno wszystkiego, co zrozumiałam. Tego diamentu w nas się nie naprawia. Nie szlifujemy go dlatego, że jest popsuty, bo on nie jest popsuty. Można go tylko delikatnie odsłaniać — zdejmować z niego kurz, warstwa po warstwie, aż zaczyna prześwitywać to, co zawsze tam było.

Nie ma tu walki. Nie wydzieramy niczego siłą. Jest raczej cierpliwe, czułe odgarnianie — trochę jak wtedy, gdy przecierasz zaparowaną szybę i za nią pojawia się światło.

Jak ja to robię

Nie mam na to jednej sztuczki ani gotowej recepty. Byłoby nieuczciwie tak udawać. Mogę tylko opowiedzieć, jak to wygląda u mnie, w moje zwyczajne dni.

Kiedy łapię się na starym, surowym głosie w głowie, staram się najpierw go poznać — powiedzieć w myślach: „o, znam cię, ale to nie jest mój głos”. Samo nazwanie go czymś obcym odbiera mu trochę władzy. A potem, zamiast się karcić, próbuję powiedzieć sobie po prostu „widzę cię” — tak, jak powiedziałabym małej dziewczynce, która kiedyś usłyszała, że musi się starać, żeby być warta.

Czasem to jest jeden oddech przy oknie. Czasem chwila z herbatą, w której nie robię nic. Każde takie drobne, czułe spojrzenie na siebie naprawdę coś odsłania. Nie od razu, nie w całości — bardziej jak topnienie lodu na wiosnę niż jak przekręcenie wyłącznika.

Twój blask nie musi oślepiać

A kiedy ten diament zaczyna prześwitywać, przychodzi ciche pytanie: jakim światłem chce świecić? Bo jest blask ostry, głodny cudzych spojrzeń, taki, który musi błyszczeć ponad wszystko, żeby poczuć się wartościowy. I jest inny — cichy, ciepły, taki jak płomień świecy w wieczornym oknie. Nie chce nikogo prześcignąć. Po prostu promienieje, jak promienieje ktoś, kto wreszcie spoczął w sobie.

Może i w Tobie jest taki diament, o którym na chwilę zapomniałaś. Nie musisz go dziś odsłonić w całości. Wystarczy, że jednym ciepłym oddechem zdmuchniesz z niego odrobinę kurzu — tyle, ile dziś się da. I zobaczysz, jak coś zaczyna prześwitywać.

Jeśli poczujesz, że chcesz przejść tę drogę wolniej i głębiej, napisałam o niej całą książkę — Zobaczyć siebie. 12 kroków do własnego potencjału. To nie poradnik, tylko koło, do którego można wracać przez cały rok, i głos, który po prostu towarzyszy.

Bo to, co w Tobie piękne, było tam cały czas. Zawsze.

Wewnątrz na zewnątrz.

Inne artykuły

Otulić w sobie to, co małe — o cichych cząstkach i wewnętrznym dziecku

Otulić w sobie to, co małe — o cichych cząstkach i wewnętrznym dziecku

Odpoczynek, na który nie musiałam zasłużyć

Odpoczynek, na który nie musiałam zasłużyć

Jak mówię do siebie, kiedy nikt nie słyszy

Jak mówię do siebie, kiedy nikt nie słyszy

Weź swój czas dla siebie

Chcesz pójść głębiej?

Odkryj zeszyty ćwiczeń i materiały, które pomogą Ci w pracy z sobą – krok po kroku, we własnym tempie.

Zobacz sklep