Długo szukałam swojej wartości tam, gdzie jej nie było — w celach, w osiągnięciach, w cudzym uznaniu. Przeskakiwałam kolejne poprzeczki, a ulga zawsze trwała tylko chwilę, bo zaraz pojawiała się następna. Dopiero z czasem zrozumiałam, że wartość nie mieszka na zewnątrz. Mieszka w czuciu — i że nie da się jej pomyśleć. Można ją tylko poczuć.
Spodziewałam się, że przyjdzie z czymś dużym — z sukcesem, z czyimś uznaniem, z chwilą, w której ktoś wreszcie powie, że jestem wystarczająca. A przyszła zupełnie inaczej. Przyszła po cichu. Poczułam ją pierwszy raz nie wtedy, gdy coś osiągnęłam, ale wtedy, gdy pozwoliłam sobie odpocząć — bez tłumaczenia się, bez zasługiwania na ten odpoczynek wcześniejszą pracą. Nalałam sobie herbatę, usiadłam przy oknie i coś we mnie westchnęło, jakby moja własna obecność wreszcie mi wystarczyła. Nikt tego nie widział. A jednak była to jedna z najważniejszych chwil — bo pierwszy raz poczułam siebie jako coś wartego, bez powodu, bez zasługi.
Najtrudniejsze okazało się przyjmowanie. Dawać innym umiałam z automatu — byłam przy wszystkich, czuła na cudze potrzeby. Tylko siebie w tym nie było: siebie się nie widziało, nie słyszało, nie czuło własnych pragnień. Dlatego gdy ktoś mówił mi coś dobrego, nie umiałam tego przyjąć — odsuwałam, umniejszałam. Wpuścić dobro do środka było jedną z najtrudniejszych rzeczy, jakich się nauczyłam.
Najdłużej próbowałam o sobie dobrze pomyśleć. Powtarzałam zdania przed lustrem, układałam w głowie listy swoich zalet — i głowa się zgadzała, a w środku dalej było pusto. Bo wartości nie da się sobie udowodnić. Można ją tylko poczuć. Zaczęłam więc słuchać ciała, bo ono nie kłamie. Kiedy zgadzam się na coś wbrew sobie, ściska mnie w brzuchu. Kiedy robię coś, co jest moje, oddycham głębiej. Przestałam szukać swojej wartości w głowie i zaczęłam jej słuchać w sobie.
A potem zaczęłam dawać sobie małe rzeczy. Powolutku, krok po kroku — to, co szeptała mi do ucha ta mała dziewczynka we mnie. Najpierw jej najprostsze pragnienie: poskakać beztrosko na plaży. Potem kolejne, i jeszcze kolejne — to, czego kiedyś nie dostała. A ja jestem tutaj. Czuję to. I daję jej tego, czego pragnie. Nakarmiona, nasycona — czuje się coraz lepiej.
I powoli zaczyna czuć swoją wartość. Czuje ją dziś, i wie, że poczuje ją jutro, bo nauczyła się jednego: że ja już zawsze będę przy niej. Że nigdy więcej nie zostanie sama.
Zmiana przyszła cicho, jak woda, która powoli poi korzenie. Nie obudziłam się pewnego ranka inną kobietą. Po prostu w pewnym momencie zauważyłam, że łagodniej mówię do siebie po błędach. Że rzadziej pytam innych, czy jestem w porządku, bo coraz częściej czuję to sama. Że odpoczywam bez poczucia winy, a moja wartość przestała zależeć od tego, ile danego dnia zdążyłam. Nie zbudowałam jej. Raczej ją odkopałam — spod warstw cudzych oczekiwań i własnego pośpiechu.
I to stało się moim sensem — odkrywanie tych cichych pokładów, które każda z nas nosi w sobie. Bo dojście do tej wewnętrznej radości to dojście do własnego potencjału — tego, który każdy ma schowany głęboko w środku. Uśpionego, zasypanego cudzymi przekonaniami o tym, kim wolno nam być. A kiedy taki potencjał się budzi — powoli, nieśmiało — poczuje swoje piękno. To piękno było w nim zawsze. Czekało tylko, aż ktoś przy nim usiądzie.
Napisałam kiedyś wiersz, który nosi w sobie całą tę drogę:
Podnoszę piłkę z trawy —
tę sprzed wszystkich zim.
Ręka pamięta, choć tyle lat.
Rzucam. Dziecko łapie. Śmieje się.
I nagle wiem:
nie ma spóźnionych zabaw.
Jest tylko ta chwila, w której
powaga zsuwa się z ramion
i okazuje się, że pod spodem
zawsze było lato.
Tej małej dziewczynce — jej pragnieniom i pięknu, które w niej spało — poświęciłam całą książkę. Nie opowiem jej tu w całości; niektóre drogi trzeba przejść po cichu, we własnym tempie. Ale jeśli czujesz, że i w Tobie ktoś czeka, aż przy nim usiądziesz, „Wewnętrzne Dziecko" może być dobrym początkiem tej rozmowy.
Wewnątrz na zewnątrz.


