Bywa taki moment, najczęściej wieczorem. Dzień już cichnie, a w dłoni świeci ekran — a na nim cudze podróże, cudze domy, cudze uśmiechnięte życia poukładane w równe kwadraty. I nagle własne życie, to samo, które przed chwilą było po prostu swoje, wydaje się jakby mniejsze. Ktoś jest dalej. Ktoś już ma to, na co ja jeszcze czekam. Ktoś wydaje się lżejszy.
Porównywanie się z innymi to jedna z najcichszych rzeczy, jakie potrafimy sobie robić. Rzadko przychodzi z hukiem. Częściej sączy się w tle — jak drobny szum, do którego tak się przywykło, że już się go nie słyszy.
Co czasem kryje się pod spodem
Łatwo pomyśleć, że to próżność albo zazdrość. Ale pod porównywaniem zwykle leży coś znacznie delikatniejszego. Może to wewnętrzne dziecko sprzed lat — mała dziewczynka, która gdzieś wcześnie zrozumiała, że żeby zasłużyć na miłość i miejsce, trzeba być lepszą, grzeczniejszą, bardziej pomocną. I która — patrząc dziś na innych — wciąż pyta cicho: „a czy ja jestem wystarczająca?”.
Czasem wystarczy na moment ją zauważyć — zobaczyć siebie taką, jaką się jest naprawdę, bez cudzej miary — i już robi się ciszej. Może rozpoznasz w tym trochę siebie. Może nie. To pytanie nie potrzebuje szybkiej odpowiedzi — czasem wystarczy je po prostu usłyszeć.
Czyja jest ta miara
A gdyby tak na chwilę się zatrzymać i zapytać cicho: czyja właściwie jest ta miara ,z którą się mierzymy?
Bo czasem bywa i tak, że wcale nie zaczęła się w nas. Że mogliśmy ją przejąć — łagodnie, niepostrzeżenie — po kimś bliskim, z cichej lojalności do rodu. Może w którymś domu na wartość trzeba było czymś zasłużyć, a miłość bywała nagrodą za bycie użytecznym. A my, dzieci, starając się jeszcze bardziej, gdzieś po cichu uznaliśmy, że tak właśnie jest — że na wartość trzeba zasłużyć. Nie rozumiejąc jeszcze, że rodzice dali nam tyle, ile mieli, ile umieli, ile sami dostali kiedyś od swoich rodziców.
To nie jest opowieść o niczyjej winie. Oni kochali najlepiej, jak potrafili — często w czasach trudniejszych niż nasze. Kiedy dziś przyglądamy się tym cichym mechanizmom — nie po to, by kogokolwiek oskarżać, ale po prostu żeby je zobaczyć — rodzi się w nas coś łagodniejszego niż żal: większe zrozumienie. I bywa, że nosimy tę dawną miarę dalej — jak ścieżkę wydeptaną w trawie przez tych, którzy szli wcześniej — długo po tym, jak przestała być potrzebna.
Może to Twoja historia. A może zupełnie nie. Nie ma potrzeby niczego rozstrzygać — czasem wystarczy zostawić to pytanie otwarte i zobaczyć, co samo się w nim odsłoni.
Drzewo zimą
W mojej książce „Z lojalności do rodu” wracam do obrazu, który sama noszę w sercu jak kotwicę:
A teraz pomyśl o drzewie zimą. Stoi nagie, bez liści, bez owoców, nic nie „produkuje”. Czy przez to jest mniej drzewem? Czy mniej zasługuje na to, żeby być? Oczywiście, że nie. Jego wartość nie jest w owocach. Jego wartość jest w tym, że jest.
Bo żadne drzewo w lesie nie porównuje się z sąsiednim. Buk nie zazdrości brzozie jej bieli. Róża nie próbuje kwitnąć w rytmie tej, która rośnie tuż obok. Każde rośnie z własnych korzeni, w swoim czasie, ku własnemu światłu — i nikt nie nazywa tego lenistwem ani porażką. Nazywamy to naturą.
A sobie tego prawa odmawiamy najczęściej. A przecież w każdej z nas czeka jakiś uśpiony potencjał — i kiedy się obudzi, poczuje własne piękno. Ma swój własny czas i swój rytm, cichą symfonię duszy, której nie sposób zagrać w cudzym tempie.
Cichy powrót
Nie ma na to jednej sztuczki, po której porównywanie znika. To bardziej powolne topnienie lodu na wiosnę niż przekręcenie wyłącznika. Ale czasem wystarczy drobiazg — zauważyć moment, w którym znów sięgamy po cudzą miarę, i cichutko go nazwać. To, co widziane, przestaje rządzić po cichu.
I bywa, że najwięcej zmienia coś zupełnie bez powodu. Posiedzieć przy oknie. Popatrzeć na księżyc. Zaparzyć herbatę i nie robić przy tym nic więcej. Nic z tego nie wynika, niczego nie załatwia — i może właśnie w tym jest cała łagodność. To cichy dowód, że można po prostu być, bez dawania, bez dogonienia kogokolwiek.
W tej samej książce został taki szept:
Drzewo zimą nie wstydzi się,
że nie rodzi owoców.
Stoi — i to wystarcza.
Ja też mam prawo
być warta bez powodu,
kochana bez zasługi,
ważna — po prostu dlatego,
że jestem.
Jeśli czujesz, że i w Tobie ktoś nosi taką cudzą miarę — być może po mamie, po babci, po całym rodzie — o tym właśnie, czule i bez pośpiechu, jest książka „Z lojalności do rodu”. Nie po to, by cokolwiek naprawiać. Po to, by móc łagodnie odłożyć to, co nie zaczęło się w nas — i pozwolić sobie kwitnąć we własnym rytmie.
A jeśli to ta mała dziewczynka w Tobie odzywa się najmocniej, kiedy patrzysz na innych — z czułością opowiada o niej „Wewnętrzne Dziecko”.
Bo wartość — tak jak wartość drzewa zimą — nie jest w owocach. Jest w tym, że jesteśmy.
Wewnątrz na zewnątrz.


