Zauważyłam, że najważniejsze rzeczy nie mówią do mnie głośno. Rzadko przychodzą jako wielkie olśnienia czy mocne postanowienia. Raczej jak ciche pukanie gdzieś pod żebrami — łatwe do przeoczenia, kiedy dzień jest pełen hałasu. Prawda serca, jak ją nazywam, rzadko krzyczy. Ona szepcze. I dlatego tak długo jej nie słyszałam — bo szukałam czegoś donośnego, a ona cała jest z delikatności.
Kiedy ścichnę, robi się słyszalna
Przez lata myślałam, że żeby się czegoś o sobie dowiedzieć, muszę się wysilić — analizować, planować, dochodzić. A okazało się, że wystarczy przeciwnie: ściszyć. Że prawda o tym, czego naprawdę chcę, odzywa się dopiero wtedy, gdy przestaję zagłuszać ją zadaniami. Bywa, że słyszę ją przy zwykłych rzeczach — kiedy zaparzam herbatę i przez chwilę nic nie robię, kiedy patrzę w płomień świecy, kiedy wieczorem księżyc zagląda w okno, a ja wreszcie oddycham wolniej.
To nie jest żadna wielka praktyka. To raczej moment, w którym pozwalam, żeby zrobiło się cicho — i nasłuchuję, co wtedy we mnie mówi.
Delikatność nie jest słabością
Długo wydawało mi się, że moja miękkość to coś, co trzeba w sobie pokonać. Że trzeba być twardszą, żeby świat mnie nie przewrócił. A dziś czuję zupełnie inaczej: że to właśnie delikatność jest miejscem, w którym słychać serce. Że wrażliwość nie jest pęknięciem, tylko czułym instrumentem, którym można nastroić się na siebie.
Może rozpoznasz w tym siebie — że najcichsze zdania o tym, czego pragniesz, przychodzą wtedy, gdy jesteś dla siebie łagodna. Że pod pośpiechem i „muszę” jest w Tobie ktoś, kto od dawna chciałby zostać usłyszany. I nie musisz go poganiać. Wystarczy się zatrzymać i posłuchać.
Mała dziewczynka, która szepcze
W każdej z nas jest gdzieś taka mała dziewczynka, która swoje pragnienia mówi bardzo cicho. Kiedyś nauczyła się, że lepiej ich nie mówić głośno — więc dziś ledwo je szepcze. Ja uczę się do niej wracać. Dawać jej po trochu tego, czego kiedyś zabrakło: uwagi, spokoju, czułego „słyszę cię”. I zauważam, że im częściej jej słucham, tym wyraźniej mówi — jak roślina, która rozwija się dopiero wtedy, gdy poczuje, że jest bezpieczna.
Wiersz, do którego wracam
Kiedy pisałam Poezję Symfonii Duszy, zostawiłam sobie w niej wiersze, do których wracam, gdy chcę usłyszeć siebie na nowo. Jeden z nich, „Już Jesteś”, zaczyna się tak:
Ręką na sercu – czuję bicie.
Cicho. Obecnie. W pełni.
Jestem przy sobie.
Już nic nie muszę.
Mogę – jeśli tylko zechcę.
Za każdym razem coś we mnie mięknie, kiedy to czytam. Bo prawda serca nie wymaga, żebym była kimś więcej. Ona prosi tylko, żebym była — z sercem, co bije, z oddechem, co koi.
Na tyle, na ile się da
Rzadko słyszę swoje serce na zawołanie i nigdy w całości. Bardziej tak, jak wtedy, gdy woda powoli wsiąka w suchą ziemię — po trochu, w swoim tempie. Ale za każdym razem, gdy daję sobie chwilę ciszy, ten cichy głos staje się odrobinę wyraźniejszy. I to wystarcza na dziś.
Może i w Tobie jest taki szept, którego dawno nie słuchałaś. Możesz mu dać dziś tylko tyle, ile się da — jedną chwilę, w której robi się cicho, i jedno łagodne „słyszę cię”. Reszta przyjdzie sama, powoli, jak wszystko, co prawdziwe.
Gdybyś chciała mieć te wiersze blisko, na trudniejsze i na jaśniejsze dni, cały tomik znajdziesz tutaj: Poezja Symfonii Duszy.
Wewnątrz na zewnątrz.


