Bywają takie wieczory, kiedy dom w końcu cichnie. Naczynia umyte, światło przygaszone, wszyscy już śpią — i wtedy, w tej ciszy, przychodzi coś dziwnego. Cichutka tęsknota, której nie umiem do niczego przypisać. Nie tęsknię wtedy za konkretną osobą ani za konkretnym miejscem. A jednak czegoś mi brakuje — jakby serce pukało do drzwi, których nie potrafię wskazać.
Długo nie wiedziałam, co z tym robić. Zaganiałam tę tęsknotę zajęciem, ekranem, kolejną sprawą do ogarnięcia. Bo łatwiej być zajętą, niż przystanąć przy czymś, co boli tak łagodnie i tak niewyraźnie, że nawet nie umie się tego nazwać.
Myślałam, że tęsknię za miejscem
Przez wiele lat mieszkałam daleko od domu. Inny kraj, inny język, inne niebo. Kiedy przychodziła ta tęsknota, tłumaczyłam ją sobie prosto: tęsknię za krajem, za zapachem chleba u mamy, za drogą, którą chodziłam jako dziewczynka. I pewnie było w tym trochę prawdy.
Ale minęły lata, wróciłam bliżej, a tęsknota — została. Cichsza, ale ta sama. Wtedy zaczęłam przeczuwać, że ona nigdy nie była o miejscu. Że pod tym wszystkim kryło się coś, czego dotąd nie umiałam usłyszeć.
Może tęsknię za sobą
W książce, którą napisałam o tej drodze, zapisałam zdanie, które długo do mnie wracało — jak echo, które w końcu chce być usłyszane:
I wszyscy jesteśmy trochę samotni, i bardzo za czymś tęsknimy. Długo myślałam, że za miejscem. Dziś wiem, że tęsknimy za sobą. Za tymi częściami nas, które kiedyś zostały odłożone, rozsypane, zatrzymane w czasie.
Kiedy to napisałam, coś we mnie odetchnęło. Bo nagle ta niewyraźna tęsknota dostała twarz. To była tęsknota za mną samą — za tą dziewczynką, którą kiedyś byłam, i która gdzieś po drodze została z tyłu. Nie z niczyjej złej woli. Po prostu życie bywało za głośne, uczuć bywało za dużo, a ona nauczyła się czekać cicho, żeby nikomu nie zawadzać.
Czasem myślę, że wiele z nas nosi taką tęsknotę z lojalności do tych, którzy byli przed nami — bo oni też tęsknili, też nie mieli czasu przystanąć. A my, małe i ufne, przejęłyśmy to, nie wiedząc nawet kiedy.
Ona wciąż tam czeka
Lubię wyobrażać sobie, że gdzieś w środku, jak w ogrodzie za domem, wśród traw, które urosły wysoko, wciąż czeka mała dziewczynka z moimi oczami. Nie ma do mnie żalu, że tak długo mnie nie było. Ona po prostu czeka — tak długo, jak trzeba.
I kiedy jest mi ze sobą łagodniej, zaczynam ją słyszeć. W drobiazgach. W tym, że nagle chce mi się nucić przy herbacie. Że zatrzymuję się dłużej przy księżycu w oknie. Że coś we mnie mięknie, gdy pozwolę sobie po prostu usiąść i nic nie robić. To ona wraca — kiedy dostaje to, czego kiedyś jej zabrakło: trochę uwagi, trochę ciepła, ciche pozwolenie, że wolno.
Bo może tęsknota to nie jest coś, co trzeba uciszyć. Może to raczej zaproszenie. Delikatne pukanie od najczulszej części nas — tej, która nigdy nie przestała być nasza i która chce tylko jednego: żeby ktoś w końcu po nią wrócił.
Wraca powoli, jak woda do wyschniętego koryta
Ta część nie budzi się od wielkich postanowień. Wraca powoli — jak woda, która wsiąka w spękaną ziemię, najpierw niewidocznie, a potem coraz głębiej. Jak korzeń, który czuje ciepło, zanim jeszcze cokolwiek widać na powierzchni. Wystarczy zapalić świecę, nalać herbatę, położyć dłoń na sercu i powiedzieć w myślach: widzę cię. Pamiętam. Już wracam.
Nie trzeba niczego popędzać. Może nawet nie trzeba od razu rozumieć. Wystarczy przestać uciekać przed tą cichą tęsknotą — i posłuchać, dokąd ona prowadzi. Bo bardzo często prowadzi dokładnie tam, gdzie zawsze byłyśmy najbardziej u siebie.
Jeśli rozpoznajesz w sobie tę tęsknotę, której nie umiesz nazwać, i chciałabyś łagodnie wrócić do tego, co w Tobie kiedyś przycichło — nie przez kolejne „muszę”, tylko własnym tempem — opisałam całą tę drogę w Wewnętrzne Dziecko. Czuła podróż powrotu do siebie. To książka pisana bez pośpiechu, w otuleniu — o powrocie do tej najczulszej części nas, która wciąż czeka w ogrodzie.
Może ta tęsknota nie jest brakiem. Może jest drogą do domu.
Wewnątrz na zewnątrz.


