Bywają we mnie takie pory, kiedy wydaje się, że nic się nie dzieje. Że stoję w miejscu. Że inne kobiety już dawno gdzieś doszły, a ja wciąż jestem tu, w tej samej cichej dolinie, i nic we mnie nie kwitnie. Długo myślałam, że to znaczy, że coś jest ze mną nie tak. Że powinnam już być gdzieś dalej.
Dziś patrzę na to inaczej. I chciałabym się tym podzielić — łagodnie, bez pośpiechu.
Zima nie jest pomyłką
W przyrodzie nikt nie każe drzewu kwitnąć w styczniu. Gałąź, która zimą wygląda na uśpioną, wcale nie jest pusta — po prostu ma swoją porę. Pod śniegiem, w ciemności, dzieje się to, czego nie widać: korzeń pije wodę, ziarno pęcznieje, coś cichutko zbiera siły, żeby wiosną móc się rozwinąć.
Może w nas jest podobnie. Może są w nas pory roku — takie, w których rośniemy w widoczny sposób, i takie, w których wygląda, jakbyśmy stały w miejscu, a naprawdę coś dojrzewa głęboko, pod powierzchnią. I może to, co czasem biorę za stanie w miejscu, jest po prostu moją zimą. Cichą. Potrzebną.
Pęd, który nie zawsze jest mój
Nauczyłam się kiedyś, że trzeba się spieszyć. Że wartość trzeba udowodnić, i to szybko. Że na odpoczynek trzeba sobie zasłużyć, a bycie „w drodze" to za mało — liczy się dopiero cel. Dziś myślę, że ten pęd nie do końca był mój. Że niosłam go po kobietach, które były przede mną — z lojalności do rodu, w którym nie było czasu na powolność, bo tyle było do udźwignięcia.
Kiedy to zobaczyłam, zrobiło mi się lżej. Bo skoro ten pośpiech nie urodził się we mnie, to może nie muszę nieść go dalej.
Czucie zamiast popędzania
Powolności nie da się wymyślić w głowie. Głowa wciąż podpowiada, że trzeba szybciej, więcej, lepiej. Ale ciało wie inaczej. Kiedy przestaję pytać „czy już wystarczy?" i zaczynam czuć, jak jest naprawdę — w oddechu, w barkach, w brzuchu — słyszę czasem cichą odpowiedź: jeszcze nie teraz, jeszcze pora zimowa, jeszcze zbieram.
Ciało nie popędza. Jest jak korzeń, który czuje wiosnę, zanim jeszcze cokolwiek zazieleni się na zewnątrz. Powoli uczę się ufać temu czuciu bardziej niż cudzym oczekiwaniom.
Małymi krokami, w swoim tempie
Nie chodzi o wielką przemianę z dnia na dzień. Raczej o drobne gesty, których z zewnątrz prawie nie widać. Herbata wypita powoli, przy świecy, bez poczucia, że marnuję czas. Wieczór, w którym pozwalam sobie niczego nie osiągnąć. Chwila, w której nie każę sobie kwitnąć, tylko zostaję przy tej części siebie, która jeszcze śpi — i mówię jej cicho: masz czas.
Bo jest we mnie mała dziewczynka, która kiedyś nauczyła się, że musi się spieszyć, żeby zasłużyć na miłość. A ona nie potrzebuje, żebym była szybka ani idealna. Potrzebuje tylko, żebym była. Żebym została przy niej także wtedy, kiedy jeszcze nic nie zakwitło.
Reszta przyjdzie sama
W książce Nowa Ja zapisałam kiedyś takie zdanie — i wracam do niego, ilekroć znów zaczynam się popędzać:
ta dziewczynka nie potrzebuje, żebyś była dla niej idealna. Potrzebuje tylko, żebyś była. Reszta przyjdzie sama, powoli, jak wiosna, której nikt nie musi popędzać.
Może i Ty czasem czujesz, że stoisz w miejscu. Że coś w Tobie jeszcze śpi. Jeśli tak — nie musisz budzić się na siłę. Być może to po prostu Twoja pora zimowa: cicha, potrzebna, pełna niewidocznego życia. A wiosna przyjdzie. Nie dlatego, że ją popędzisz — tylko dlatego, że przychodzi zawsze, gdy nadejdzie jej czas.
Gdybyś chciała pobyć przy tej najdelikatniejszej części siebie trochę dłużej, najwięcej takich cichych zdań zebrałam w książce Nowa Ja — o powolnym wracaniu do siebie, we własnym tempie.
Wewnątrz na zewnątrz.


