Byłaś kiedyś rzeką,
co szukała morza w cudzych oczach.
Kwiatem, który rósł
w cieniu czyjejś obojętności.
Serce niosłaś jak lampę,
stawiając ją na progach,
gdzie nikt nie wracał.
Aż któregoś dnia
światło zgasło.
I w tej ciemności
zobaczyłaś siebie.
Dziewczynkę,
która od lat wołała Twoje imię
szeptem, którego nikt nie słyszał.
Dziewczynkę, która nie potrzebowała bohatera —
tylko Twojej dłoni.
Wzięłaś ją za rękę.
I wtedy wszystko zaczęło wracać.
Twoje granice —
nie jak mur,
lecz jak miękka linia światła,
mówiąca światu:
„Tu zaczyna się świętość.”
Twoje serce —
już nie rozdarte,
lecz zszyte nicią prawdy.
Twoja miłość —
już nie błagająca,
lecz spokojna,
jak poranek nad wodą.
I zrozumiałaś,
że miłość własna
nie jest krzykiem ani walką.
Jest powolnym rozkwitaniem
tam, gdzie kiedyś bolało.
Jest powrotem
do miejsca,
którego szukałaś całe życie:
do domu w swoim sercu.
I od tej chwili
już nie prosisz, by Cię wybrano.
Bo wreszcie
wybrałaś siebie.
A gdy kobieta wybiera siebie —
świat zaczyna szeptać jej
prawdziwe imię.
Wewnątrz na Zewnątrz


