Wchodzę w nią
niepewnie, powoli,
jak dziecko, które wraca do domu,
którego nigdy wcześniej nie znało.
Nie trzymam nic w dłoniach.
Zostawiłam lęk na progu.
Zostawiłam pragnienie naprawy.
Zostawiłam pytania.
Tu, gdzie nic nie brzmi znajomo,
a każda myśl cichnie
jeszcze zanim zdąży się uformować,
rozpościera się ona —
bezbarwna, bezkształtna, bezimienna.
Pustka.
Nie krzyczy. Nie porusza się.
Jej obecność
jest głębsza niż wszystkie emocje razem.
Zatrzymuję się.
Nie mogę już iść dalej.
To nie droga do przodu —
to zejście w głąb.
W głąb siebie,
której tak długo unikałam.
W te komory serca,
gdzie nie dochodziło światło.
Tam, gdzie zapomniane dziecko
siedzi skulone
z cieniem w oczach
i cieniem w ustach,
bo nie nauczyło się mówić
o swoich tęsknotach.
Dotykam powietrza, które nie niesie ciepła.
Słucham ciszy, która boli jak nóż.
I wtedy pytam:
Czy jesteś brakiem?
Czy może przestrzenią,
którą nikt nie miał odwagi napełnić?
Pustka milczy.
Jej milczenie mówi wszystko.
Opowiada historie, których nie pamiętam,
a które pamięta moje ciało.
Zaczynam słyszeć
cichy szloch
pod warstwą lodu.
To dziecko.
To ja.
Zanim nauczyłam się być silna.
Zanim stałam się niewidzialna.
Zanim przestałam czuć.
Wyciągam rękę.
Nie mówię: „nie płacz”.
Nie mówię: „będzie dobrze”.
Mówię:
„Płacz, jeśli musisz.”
„Smutek też ma miejsce przy mnie.”
„Jestem. Zostaję.”
I wtedy pustka
po raz pierwszy drży.
Nie znika. Oddycha.
Nie rozpływa się. Mięknie.
Zaczynam czuć.
Nie lawinę. Nie ekstazę.
Mały płomień.
Światło, które nie przyszło z zewnątrz.
Tylko z wnętrza.
Z tej części mnie,
która przestała się bać,
że jest nie do pokochania.
Bo pustka
to nie koniec.
To łono.
To miejsce, gdzie rodzi się
prawdziwa ja.
Bez oczekiwań.
Bez masek.
Bez „muszę” i „powinnam”.
Ja, która nie szuka już miłości —
bo staje się miłością.
Dla siebie.
Dla tej, która czekała
całe życie
na ten moment.
Kliknij tutaj, masz dostęp do więcej inspiracji-
Wewnątrz na Zewnątrz


