Zdarza się, że ktoś czyta kilka stron książki i nagle zatrzymuje się przy jednym zdaniu. Czyta je drugi raz. Potem trzeci. A później pisze do mnie: to są słowa, na które czekałam.
Słyszę to coraz częściej i za każdym razem mnie to porusza. Bo rzadko chodzi o coś nowego. Najczęściej to coś bardzo prostego. Zdanie, które ktoś od dawna nosił w sobie, tylko jeszcze nikt nie powiedział go na głos.
Zdania, które mają swój adres
Zaobserwowałam, że te wyczekane słowa są zwykle krótkie. Wystarczasz. Wolno ci odpocząć. Dobrze, że jesteś. To, co czujesz, ma sens.
Są zupełnie zwyczajne. A jednak potrafią trafić głębiej niż długie wywody. Może dlatego, że mają swój adres. Trafiają w to miejsce w środku, które od dawna było na nie gotowe i cierpliwie czekało, aż ktoś je wypowie.
Ciało rozpoznaje je szybciej niż myśli. Bywa, że oddech sam się pogłębia, ramiona opadają o centymetr, w oku coś się zakręci. Jakby coś w nas mówiło: tak, właśnie to.
Czekanie na czyjś głos
Często te słowa czekają na kogoś konkretnego. Na mamę, która powie „jestem z ciebie dumna”. Na bliską osobę, która zauważy, ile się niesie. Na przyjaciółkę, na kogokolwiek, kto wreszcie powie to na głos.
Czasem te słowa przychodzą. A czasem ludzie wokół nas po prostu mówią tak, jak sami nauczyli się mówić. Dają to, co mają. I to też jest w porządku.
Kiedy słowa przychodzą z książki
I wtedy zdarza się coś pięknego. Te same słowa przychodzą z innej strony. Z książki, z wiersza, z piosenki, z listu od kogoś, kogo nigdy się nie spotkało. I okazuje się, że działają. Ciało przyjmuje je tak samo, jakby wypowiedział je ktoś bliski.
To dla mnie bardzo ważne odkrycie. Pokazuje, że gotowość na te słowa przez cały czas była w nas. Książka tylko nazwała to, co już tam było i czekało na swój moment.
Głos, który może być nasz
A skoro w środku jest miejsce, które tak dobrze rozpoznaje te słowa, to może ono także je wypowiadać. Zaobserwowałam, że bywa to jedno z najcichszych, a zarazem najpiękniejszych odkryć: zdanie, na które czekało się latami, może przyjść także od siebie. W zwykłym momencie dnia. Przy porannej kawie, w drodze do pracy, wieczorem, kiedy wszystko już ucichło.
Na początku brzmi nieśmiało, trochę obco. Jak nowe słowo w znajomym języku. Z czasem nabiera ciepła. I wtedy czekanie powoli zamienia się w spotkanie.
Takie słowa są jak nasiona. Małe, prawie niewidoczne. Ale kiedy trafią na dobrą ziemię, rosną po cichu, aż pewnego dnia widać, ile w nas zakwitło.
Może więc warto czasem łagodnie zapytać siebie: jakie słowa są we mnie gotowe, żeby je wreszcie usłyszeć?
Jeśli chcesz zostać przy tym dłużej
O tym, jak może zmieniać się głos, którym mówimy do siebie, pisałam we wpisie Jak mówię do siebie. A o tym, że nie trzeba nigdzie dobiegać, żeby wystarczać, jest wpis Już Jesteś.
Wiele zdań, o których piszą do mnie osoby czytające moje książki, pochodzi z „Nowej Ja”. To niewielka książka, a jednak bywa, że czyta się ją jednym tchem i wraca do niej po swoje zdania.
Wewnątrz na zewnątrz.


